Ojej już prawie tydzień minął od meczu z Jelenią Górą, nie miałam czasu, by o nim napisać, ani też motywacji, bo najlepiej to on nie wyglądało - wiadomo łatwiej pisze się o dobrych rzeczach, niż o złych...
Początek całej wycieczki zaczął się dla mnie już nieciekawie, jechałam z Wrocławia, odgórnie padła decyzja, że autobus zgarnie mnie z Bielan, bo to najbliżej autostrady, oczywiście na dzień dobry szukając jakiegoś autobusu już popadłam w panikę, że godzina na dojazd może mi nie wystarczyć (nie mogłam się wcześniej z pracy urwać) tym bardziej, że nie bardzo wiedziałam czym w ogóle dojechać... Na szczęście jest internet :) no i pojechałam droga była strasznie długa, jechałam jakąś dzielnicą w której nigdy nie byłam, ale miałam nadzieje, że znajdę się pod Auchan, tymczasem autobus się nie zatrzymuje... jedzie dalej, skręca w drogę, którą jedzie się na lotnisko i jedzie i jedzie, a ja się tylko modle żeby się zatrzymał żebym miała jak najkrótszą drogę do pokonania tej drogi piechotą! No nie... opuściłam autobus w wielkiej panice na najbliższym przystanku, wysiadłam prosto w śnieg do połowy łydki, bo nawet nie było uklepane, że ktokolwiek wysiadał kiedykolwiek na tym przystanku... Autobus odjechał, a ja się rozejrzałam dookoła, wszędzie tylko pola zasypane grubą warstwą śniegu i z daleka tylko wyłaniał się mały napis "IKEA" nagle poczułam się jak małe bezradne dziecko, byłam bliska płaczu. Podeszłam do drogi głównej w nadziei, że najwyżej przejdę te kilka kilometrów, bo za chwile zbiórka, jak się spóźnię to mnie wszyscy pozabijają, czas mnie gonił a ja podchodząc do drogi zauważyłam brak chodnika, a pobocze zasypane śniegiem po kolana... To był ten moment w którym wszystko puściło... żywego ducha a ja stoję na środku jakiegoś "zadupia" i ryczę jak oszalała, wtedy zadzwoniłam do menagera Mariusza nawet nie wiem po co, chyba żeby tylko poinformować, że się spóźnię no i znowu w ryk... (musiałam się komuś pożalić), cieszę się że w takich sytuacjach są ludzie co myślą, bo ja bym tam pewnie stała dalej i dalej ryczała, a przecież skoro tu dojechał autobus, zaraz będzie musiał jakiś odjechać, tyle że to było za ciężkie żebym na to wpadła i faktycznie kilka minut później nadjechał autobus i mnie zabrał troszeczkę dalej od Auchan, ale w miejsce gdzie był chodnik i z którego mogłam dojść pod Tesco. I tak Mario i "pan autobus" uratowali mi życie hahaha :)
Gdy wsiadłam do autobusu oczywiście nie obeszło się od śmiechu, ale się przyzwyczaiłam, czekał na mnie cieplutki obiadek z kotletem włącznie (dawno nie jadłam takich rarytasów) bo na studiach się nie ma pieniędzy, jakby ktoś pytał. Po jakimś czasie już wszyscy zapomnieli o sprawie, ciągnęły się tylko rozmowy o meczu... Generalnie byłyśmy świadome, że ten mecz decydował o naszym "być, albo nie być", byłyśmy nastawione na wygraną, bardzo jej pragnęłyśmy... Nie chce mi się opisywać kwartami co i jak, bo szczerze mówiąc nie wspominam tego dobrze i nie będę tego rozpamiętywać nie wiadomo na ile linijek...
Przegrałyśmy, bo całe spotkanie zakończyło się wynikiem 82:67 mimo że prawie cały mecz naprawdę szłyśmy "łeb w łeb", jeszcze 5 min przed zakończeniem spotkania było 67:64 dla Jeleniej Góry. Tym razem w pierwszej piątce nie wyszłam i nie mam do nikogo o to pretensji aczkolwiek trochę mi się przykro zrobiło, ale to jest sport, może trener próbował jakiejś innej kombinacji, jakaś zmiana taktyki czy coś, no nie wiem, wyszłam dopiero w II kwarcie, być może w ataku za wiele nie zrobiłam, bo oddałam dwa niecelne rzuty przy jednym mnie sfaulowały, osobistego trafiłam tylko jednego... za to uważam, że w obronie odwaliłam dobrą robotę, walczyłam w parkiecie, szłam na deskę, rotowałam w obronie, czego zabrakło u innych dziewczyn... ogólnie grałam 16 min i miałam 5 zbiórek (2A 3O), a laski które grały 35 czy 40 min zanotowały taką samą ilość. Nie mam do nikogo pretensji broń Boże, ale trochę jestem rozżalona. W dodatku sporo rzutów niecelnych, w statystykach nie wygląda to tak tragicznie, ale w rzeczywistości było inaczej. Ale głownie zabrakło obrony, potem słyszałam jakieś usprawiedliwienia, że zawodniczka nie mogła faulować, bo miała 4 faule, to moim zdaniem "usiądź na ławę, są laski na zmianę i to aż cztery, one najwyżej sfaulują, skoro Ty nie chcesz bronić i przynajmniej nie stracą 6 pkt z rzędu, bo Ty się boisz stanąć przed nią..." wkurzające to jest, że niektórzy są po prostu "nietykalni"... rozumiem, że nasz zespół ma jakiś trzon, ale kiedy on sobie nie radzi, to dlaczego nie zaryzykować i nie zmienić "kombinacje"?! Jedna rzecz mnie strasznie irytowała, ale niestety nikt na nią nie miał wpływu mianowicie to cholernie głośne nagłośnienie, łeb mnie bolał jak 150, po za tym trzeba się przyzwyczajać do głośnej hali, bo już niedługo nasza brzeska koszykówka odżyje i będzie jak dawniej, a może nawet i lepiej i dla wszystkich zawodniczek były takie same warunki, więc nie mam co marudzić, że to był jakiś jeden z powodów naszej przegranej, ale irytowało mnie to strasznie... W szatni miałyśmy miny nie tęgie, świadomość tego, że awans oddalił się od nas diametralnie dobijała. Aha, jeszcze jedna wypowiedź jednej z dziewczyn "gdybyśmy miały jakąś wierze, to by to wszystko całkiem inaczej wyglądało..." otóż moje zdanie na ten temat jest takie: owszem zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale równie dobrze można powiedzieć, że jakby było zastawienie to by ta wieża nie byłaby tego dnia nam potrzebna... (nie urażając nikogo)
PS mam nadzieje, że nikt tego nie czyta, a jak czyta to że nie będzie to odebrane negatywnie, bo wcale nie chce nikogo urazić, wszystkie dziewczyny z drużyny bardzo lubię i nie chciałam nikomu ubliżyć :*
W drodze powrotnej bardzo mi zależało na rozmowie z trenerem, chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak mało grałam (ale nie miałam do niego żadnych pretensji) chciałam tylko wiedzieć, co powinnam zmienić, nad czym popracować, żeby dostać więcej minut, bo trochę byłam jak już wcześniej napisałam rozżalona... mój stan pogłębił się jak nie usłyszałam żadnej konkretnej odpowiedzi... :(
Jeszcze chciałabym dodać, że wyjątkowo grałam z nr 8 i w spodenkach, a nie sukience (sytuacja nas do tego zmusiła) ;)
Tymczasem kolejny mecz z Kątami Wrocławskimi już w najbliższą niedzielę, oczywiście na wyjeździe.
KS STAL odra BEJBI!
Przegrałyśmy, bo całe spotkanie zakończyło się wynikiem 82:67 mimo że prawie cały mecz naprawdę szłyśmy "łeb w łeb", jeszcze 5 min przed zakończeniem spotkania było 67:64 dla Jeleniej Góry. Tym razem w pierwszej piątce nie wyszłam i nie mam do nikogo o to pretensji aczkolwiek trochę mi się przykro zrobiło, ale to jest sport, może trener próbował jakiejś innej kombinacji, jakaś zmiana taktyki czy coś, no nie wiem, wyszłam dopiero w II kwarcie, być może w ataku za wiele nie zrobiłam, bo oddałam dwa niecelne rzuty przy jednym mnie sfaulowały, osobistego trafiłam tylko jednego... za to uważam, że w obronie odwaliłam dobrą robotę, walczyłam w parkiecie, szłam na deskę, rotowałam w obronie, czego zabrakło u innych dziewczyn... ogólnie grałam 16 min i miałam 5 zbiórek (2A 3O), a laski które grały 35 czy 40 min zanotowały taką samą ilość. Nie mam do nikogo pretensji broń Boże, ale trochę jestem rozżalona. W dodatku sporo rzutów niecelnych, w statystykach nie wygląda to tak tragicznie, ale w rzeczywistości było inaczej. Ale głownie zabrakło obrony, potem słyszałam jakieś usprawiedliwienia, że zawodniczka nie mogła faulować, bo miała 4 faule, to moim zdaniem "usiądź na ławę, są laski na zmianę i to aż cztery, one najwyżej sfaulują, skoro Ty nie chcesz bronić i przynajmniej nie stracą 6 pkt z rzędu, bo Ty się boisz stanąć przed nią..." wkurzające to jest, że niektórzy są po prostu "nietykalni"... rozumiem, że nasz zespół ma jakiś trzon, ale kiedy on sobie nie radzi, to dlaczego nie zaryzykować i nie zmienić "kombinacje"?! Jedna rzecz mnie strasznie irytowała, ale niestety nikt na nią nie miał wpływu mianowicie to cholernie głośne nagłośnienie, łeb mnie bolał jak 150, po za tym trzeba się przyzwyczajać do głośnej hali, bo już niedługo nasza brzeska koszykówka odżyje i będzie jak dawniej, a może nawet i lepiej i dla wszystkich zawodniczek były takie same warunki, więc nie mam co marudzić, że to był jakiś jeden z powodów naszej przegranej, ale irytowało mnie to strasznie... W szatni miałyśmy miny nie tęgie, świadomość tego, że awans oddalił się od nas diametralnie dobijała. Aha, jeszcze jedna wypowiedź jednej z dziewczyn "gdybyśmy miały jakąś wierze, to by to wszystko całkiem inaczej wyglądało..." otóż moje zdanie na ten temat jest takie: owszem zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale równie dobrze można powiedzieć, że jakby było zastawienie to by ta wieża nie byłaby tego dnia nam potrzebna... (nie urażając nikogo)
PS mam nadzieje, że nikt tego nie czyta, a jak czyta to że nie będzie to odebrane negatywnie, bo wcale nie chce nikogo urazić, wszystkie dziewczyny z drużyny bardzo lubię i nie chciałam nikomu ubliżyć :*
W drodze powrotnej bardzo mi zależało na rozmowie z trenerem, chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak mało grałam (ale nie miałam do niego żadnych pretensji) chciałam tylko wiedzieć, co powinnam zmienić, nad czym popracować, żeby dostać więcej minut, bo trochę byłam jak już wcześniej napisałam rozżalona... mój stan pogłębił się jak nie usłyszałam żadnej konkretnej odpowiedzi... :(
Jeszcze chciałabym dodać, że wyjątkowo grałam z nr 8 i w spodenkach, a nie sukience (sytuacja nas do tego zmusiła) ;)
Tymczasem kolejny mecz z Kątami Wrocławskimi już w najbliższą niedzielę, oczywiście na wyjeździe.
KS STAL odra BEJBI!






















