sobota, 12 stycznia 2013

Polkowice w łeb, jeb!

To był najbardziej crazy day ever!
Odkąd otworzyłam oczy o 6 rano wiedziałam, że ten dzień będzie niesamowity. Czekało mnie kolokwium z dydaktyki (którego niestety nie zaliczyłam), pierwszy dzień w pracy i mecz z Polkowicami, o którym było już głośno od jakiegoś czasu. Wszystko idealnie zaplanowane, co do minuty, jednak czasami los płata niezłe figle...
O pracy rozpisywać się nie będę, napiszę tylko tyle, że trafiło mi się coś naprawdę niesamowitego! Ci co mnie znają to wiedzą jak bardzo interesuję się modą. Być może nie dysponuję wiadomościami jak niejeden znany bloger czy inni ludzie siedzący w tym od dłuższego czasu, ale myślę że jak na "cielaka" wiem dużo i tak się złożyło, że mogę się w tym realizować, rozwijać i próbować czegoś nowego, pewnie jest to krótka przygoda, ale chciałabym aby trwała jak najdłużej. Dostałam pracę w sklepie internetowym z odzieżą i akcesoriami. Z dnia na dzień uczę się nowych rzeczy i dowiaduję się jak to wszystko wygląda "od środka", naprawdę niesamowita sprawa!
Mecz z Polkowicami był nagłaśniany w różnych miejscach takich jak gazety, internet, a nawet informacja ta była wyświetlana na naszych "Las Vegasowych" brzeskich telebimach. Często w nagłówkach pojawiała się informacja "święta wojna", dlaczego? Czysto polityczna sprawa między klubami. Od dłuższego czasu nie lubimy się z Polkowicami, dlatego tak bardzo zależało nam na wygranej, poza tym przecież chcemy awansować do I ligi, mecz ten trzeba było wygrać! Spotkanie to miało rozpocząć się o 18, więc teoretycznie na 17 powinnyśmy być na sali i spokojnie o 17:30 rozpocząć rozgrzewkę. Z Wrocławia do Brzegu jest ok 45km, co zazwyczaj daje nam ok 45min drogi. Tak się "szczęśliwie" złożyło, że dogadałam się z Marcysią M. że zgarnie mnie wraz z rodzicami samochodem o godz. 16 z ul. Krakowskiej (wylotówki na Brzeg) i pojedziemy razem (co bardzo mi odpowiadało, gdyż o 15:30 skończyłam pracę). Szczęście nam jednak nie sprzyjało, potężny korek, który jak się później okazało ciągną się aż do wioski Gać. W dodatku było okropnie ślisko, drogi niczym nie posypane i to wszystko tak nagle, jakby Bóg nie chciał byśmy w ogóle jechały na ten mecz! Całą drogę wlekliśmy się 20/30 km/h zatrzymując się co 5 metrów. Jakaś masakra! Na drodze była taka szklanka, że nawet przy tej prędkości przy hamowaniu zarzucało tyłem samochodu. To był jakiś koszmar, co chwile zerkałyśmy z Martyną na zegarek w samochodzie, który był przed nami i patrzyłyśmy nerwowo jak te minuty szybko uciekają. Co chwilę dzwonił telefon z sali z nerwami w głosie "dziewczyny, gdzie jesteście", "za ile będziecie", "nie możecie czegoś zrobić", a bezradność nas tylko dobijała... Meczu przesunąć o kilkadziesiąt minut nie można było, gdy ujrzałyśmy na zegarku godzinę 18, łzy nam napłynęły do oczu, to było coś strasznego, każdy telefon oznaczał tylko zdenerwowanie i wyrażenie niezadowolenia wszystkich będących na sali, ale o 18:05 usłyszałyśmy "zmieniamy siatki w koszach, macie 15 min", odetchnęłyśmy nieco, ale co z tego jeśli nadal byłyśmy w Oławie i dalej stałyśmy w korku?! Nieco się później udrożniło, zajechałyśmy na 18:20 pod halę, w biegu uważając by się nie poślizgnąć zerknęłam tylko na tablice z za szyby, prowadziłyśmy chyba jednym pkt. Wbiegając do budynku usłyszałam tylko od Pani sprzątaczki "w końcu jesteście" zbiegając na dół ujrzałam Panią Bożenę stojącą w otwartych drzwiach do szatni oddychającą z ulgą, że w końcu jesteśmy. Przebrałyśmy się jak najszybciej mogłyśmy, wbiegłyśmy na halę, nagle rozległy się brawa - to była chyba najmilsza rzecz jaka mnie w ostatnim czasie spotkała, nigdy się tak nie poczułam, kibice naprawdę wierzyli w nas i czekali... Coś niesamowitego (łezka w oku się kręci,  serce bije coraz mocniej, a w głowie myśli "oni liczą na mnie"). To była końcówka pierwszej kwarty, wynik 18:16 prowadzą Polkowice, na ławce zmian żywego ducha, podeszłam do trenera, bo chciałam przeprosić za tę nieobecność - był obrażony udawał, że mnie nie widzi i nie słyszy. Nienawidzę tego uczucia, że zawiodłam. Usłyszałam tylko z za pleców "Kasia rozgrzewaj się!" i tak przebiegłam 3 razy w tą i z powrotem szerokość boiska za koszem, pomachałam kilka razy rękoma i nie dotykając nawet piłki weszłam na boisko. W głowie tylko myśli "nie jestem rozgrzana, ale muszę dać z siebie wszystko", nagle miałam pozycję do rzutu na 45, zaraz za trumną, ale miałam świadomość, nagle naszła mnie myśl, że rzucić nie mogę, bo nie czuje piłki, oddałam i to była dobra decyzja, bo zanotowałam asystę! Później znowu na 0, puściutko rzuciłam i to wyglądało jak rzut kamieniem! Pomyślałam "albo spod kosza, albo w ogóle, nie dzisiaj". Zadyszka złapała mnie momentalnie, po II kwarcie było już 44:28 dla Stali - istne szaleństwo, ale nie można było się jeszcze podpalać, trzeba było utrzymać to do końca. W przerwie starałam się dużo rzucać na kosz, by tylko rozgrzać ręce i wyczuć piłkę, jednak byłam świadoma tego, że to nie wystarczy. Wychodząc w II połowie, walczyłam ile mogłam, trochę pozbierałam, wygrałyśmy 84:73. Nie miałam zbyt dużo minut na boisku, ale nie mam do nikogo pretensji, bo naprawdę czułam się naprawdę nie rozgrzana i nie przygotowana do tego meczu. To co zrobiłam na boisku wyszło nie najgorzej, zanotowałam 4pkt i co najważniejsze wygrałyśmy mecz z CCC! A dziewczyny wykonały naprawdę kawał dobrej roboty! Coś niesamowitego! Miałam ochotę piszczeć, krzyczeć jak w Ślęzie po wygranych półfinałach w Siedlcach dwa lata temu, ale tutaj (co mnie bardzo martwi) ciężko od dziewczyn wykrzesać jakiekolwiek emocje, trochę to przykre...
W domu mama mi tylko dodała, że siedząc na trybunach podczas naszego wbiegnięcia do budynku na Oławskiej słyszała tylko szepty kibiców "już są, już przyjechały" (co również było dla mnie bardzo miłe) no i pochwaliła mnie, mówiąc, że zrobiłam duże postępy - co jest dla mnie oceną najwyższą, zarówno jej słowa jak i cioci Gosi Kubiak. Dziękuję, dobranoc :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz